15 sierpnia 2012

Rozdział 1

     Czasami zastanawiam się, jak tacy biznesmeni radzą sobie z całym tym bajzlem. Na głowie mają całą firmę, no, bo co mu tacy pracownicy pomogą? Chyba tyle, co nic. Zresztą, co ja tam wiem. Wiem tyle, że musze teraz znaleźć Gerarda Hammiltona, spędzić z nim godzinę i wrócić w końcu do pieprzonego domu, żeby wyszykować się na pieprzoną imprezę u Molly.
    -Przepraszam - odezwałam się do grubej kobiety siedzącej za biurkiem. Obrzuciła mnie niechętnym wzrokiem i uniosła krzaczaste brwi. - Ja do Pana Hammiltona.
    -Była Pani umówiona? - Miała cholernie nieprzyjemny nosowy głos.
    -Tak, na 18.
    -Pani nazwisko?
    -Parker. Mia Parker.
    -Windą na czwarte piętro, drzwi na wprost-, dziękuje za rozmowę, zapraszam ponownie.
    Powalająca kobieta. Tym tonem równie dobrze mogłaby powiedzieć, spierdalaj na górę i więcej do mnie nie mów, bo trzymam bazooke pod łóżkiem i w każdej chwili, mogę Ci z niej wyjebać. Ludzie mnie chyba nienawidzą.
    Witamy, na które piętro chcesz się udać?
    O Boże święty, pasterzu z Judei.
    Obróciłam się i zobaczyłam głośnik z którego dobiegał damski głos. Czad, gadająca winda. Kliknęłam guzik z czwórką i kobiecy głos znów się odezwał.
    Świetny wybór, to jedziemy!
    Dziwaczne, winda to jeszcze do mnie chyba nie mówiła.
    Drzwi się otworzyły i ukazał mi się długi prawie pusty hol. Na wprost wielkie drewniane drzwi, przypominające takie, jak do jakichś pieprzonych nawiedzonych domów. Może to sekta, wejdę, zamkną mnie w klatce i spalą na stosie, jak w tym pogiętym filmie, gdzie własna córka zjarała ojca, a jej matka się z tego cieszyła i chciała jeszcze.
    Wzdrygnęłam się, ale ruszyłam do drzwi. Raz kozia śmierć, jak nie zabije mnie on, to zrobi to alkohol, dragi albo jakiś życzliwy kierowca samochodu. Może jakiegoś ładnego, wolałabym nie ginąć pod kołami malucha czy czegoś w ten deseń. Może tak Mustang? O, tak, pod kołami Mustanga mogłabym ginąć nawet kilka razy
    Zapukałam i po chwili usłyszałam przyjemne “proszę”. Nie widzi mnie, to i nie pała nienawiścią, chyba zacznę chodzić w jakiejś masce, może to coś w twarzy? Pewnie jestem zbyt piękna, żeby mnie kochali.
    Pchnęłam “drzwi” i stanęłam oko w oko z, muszę przyznać, zajebistym facetem. Tacy mają lasek na pęczki, na cholerę więc mu dziwka? Był wysoki, ciemne włosy, oczy, ładna twarz, a w garniturze wyglądał jak Bóg, co niektórym facetom powiedzieć nie można. Na oko miał dwadzieścia parę lat, więc wciąż nie rozumiem.
    -Mia, tak? - odezwał się głos za Bóstwem.
    Na krześle siedział przystojny, ale już nie aż taki przystojny, mężczyzna, z przerzedzającymi się ciemnymi włosami.
    -Tak.
    -Świetnie. - Uśmiechnął się. - Andrew, zrób o co Cie prosiłem. Punktualnie. Żegnam - dodał surowiej, patrząc na bruneta. Ten tylko rzucił mu gniewne spojrzenie i wyszedł trzaskając drzwiami. - Młodzież. - Wstał uśmiechnięty. - Cieszę się, że znalazłaś czas. - Zaczął wędrować wzrokiem po moim skąpo odzianym ciele. - W tym szalonym świecie, naprawdę trudno jest cokolwiek… - Zatrzymał wzrok na piersiach, ale zaraz spojrzał mi w oczy. - Ogarnąć.
    Pieprzenie, wszystko da się ogarnąć.
    -Cała przyjemność po mojej stronie - mruknęłam zarzucając mu ręce na czyje. Od razu złapał mnie za biodra i przyciągnął bliżej.
    Kiedy chciałam go pocałować, odwrócił głowę i zaczął wędrować nosem po mojej szyi, zjeżdżając wzdłuż linii obojczyka. Pocałował ramie, dalej przeszkadzała mu bluzka, więc zaczął odpinać powoli jej guziki, w końcu odnajdując moje usta.
    Przyznam, zaimponowało mi, że nie rzucił się na mnie jak wygłodniały pies, na żarcie, nie powalił na ziemie i nie przeleciał w pięć sekund jak wszyscy.
    Delikatnie zdjął ze mnie bluzkę i zaczął całować brzuch i piersi przez cienki czarny materiał.
    Westchnęłam i zaczęłam rozpinać mu spodnie, ale odłożył moje ręce z powrotem na jego szyje. Ewidentnie mu się nie śpieszyło i sama nie wiem czy to dobrze, bo nie traktuje mnie jak dziwkę, tylko, hm, kobietę, czy źle, bo wolałabym być już w domu.
    -Jesteś piękna - mruknął odsuwając się i jeszcze raz lustrując mnie wzrokiem. Za chwile jakbym sam zdziwił się swoimi słowami i wrócił do całowania. Przeszedł na szyje i zagłębienie przy uchu.
    Pchnęłam go na skórzane krzesło z którego wstał i usiadłam okrakiem na kolanach. Materiał czerwonej spódnicy podjechał do góry, ukazując brzegi pończoch. Pochyliłam się i zaczęłam go całować. Tym razem nie oddał pocałunku delikatnie, ale z żarem. Dzięki Bogu. Już się bałam, że może ma jakieś problemy z erekcją.
    -Chcesz to robić na krześle? - sapnął z uśmiechem, kiedy się ode mnie oderwał. Miał teraz takie pożądanie w oczach, że i mnie ogarnęło podniecenie.
    -Zróbmy to gdziekolwiek.


    Niektóre kobiety, zostawiają sobie dziewictwo, dla prawdziwej miłości. Zazwyczaj gdy ją znajdują, okazuje się, że to jednak nie to i przespały się z pierwszym lepszym, który potraktował je lepiej, niż poprzednik. Któraś kiedyś powiedziała “traktuj mnie jak damę, a pieprz jak dziwkę”, faceci rejestrują tylko jedno słowo, zazwyczaj jest do “dziwka”, bo na dźwięk tego, ich przyrodzenie staje dęba. Dziwka. Zastanawiałam się, co takiego jest w tym słowie, póki sama się w to nie wmieszałam. Teraz już świetnie wiem.
    Tylko dziwka go zechce, nawet jeśli ma pryszcze na twarzy i penis długości 10cm. Tylko dziwka będzie gotowa na seks z nim, gdy tylko zadzwoni. Tylko dziwka nie będzie marudzić że brzydko pachnie i zadowala tylko siebie, nie myśląc o niej. Zrobi to wszystko, za dwie stówy za godzinę, ha, też coś od życia musi mieć.
    Czasem zastanawiam się, jak to by było być w stałym związku? Czuć się potrzebna, kochana, czuć ciep… Och, Boże, pierdolenie. Miłość nie istnieje, a faceci to pierdolone bezduszne świnie.
    -Kurwa, Tay, możemy wejść do jebanego środka? Pierdolone krwiopijce zaraz mnie zeżrą! - warknęłam rozcierając miejsce, w którym przed chwilą ugryzł mnie komar.
    Chłopak uśmiechnął się i odpalił kolejnego papierosa.
    -Komary najczęściej atakują osoby obdarzone seksapilem. Przyciągają je ich feromony, powinnaś się cieszyć, skoro Cie tak gryzą, to jesteś boginią seksu, słonko.
    Wywróciłam oczami i zaczęłam maszerować w te i z powrotem. Byliśmy na urodzinach Molly, jej matka pozwoliła jej zrobić je w ich domu, sama pojechała do kogoś tam, gdzieś tam, nie ważne, Moll ma na posprzątanie domu, czas do poniedziałku, a co sprzątać będzie. Jej bogaci przyjaciele tak nie piją, za to my grzejemy ile się da, czego się da.
    -Hej Miaa! Jak tam, z kim się dziś pieprzyłaś? - rzucił Malcolm przechodząc obok nas.
    -Było tego tak dużo, że nie potrafię zliczyć - odparłam z uśmiechem. Pieprzony dupek. Malcolm był moim chłopakiem w podstawówce, od czasu kiedy Taylor mu przywalił, bo nazwał mnie dziwką, nienawidzi mnie.
    W prawdzie, nie wie nic, o tym jak jest naprawdę. Gdy byłam w podstawówce, on kończył gimnazjum, chciał seksu, ja się bałam, tak to wyglądało. Szkoda tylko, że biedaczek nie wiedział wtedy, co znaczy słowo “dziwka”, bo na pewno nie byłam nią wtedy, kiedy nadal hardo trwałam w przekonaniu, że dzieci rodzi się od całowania.
    Taylor spojrzał się tylko na niego, a ten od razu wszedł bez słowa do środka.
    -Ależ Ty jesteś groźny.
    Uśmiechnął się i puścił mi oczko.
    -Możemy iść. - Oznajmił z uśmiechem i wziął mnie pod rękę. - Czas się ujebać i narobić bałaganu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz